— Kiedy usłyszeliśmy, co się dzieje, mąż pobiegł na ratunek tym ludziom. Oni krzyczeli, że ten człowiek ma nóż, że dźga, że są dzieci. Na klatce leżała zakrwawiona kobieta, potem pod naszymi drzwiami reanimowali tę dziewczynkę. To był koszmar. Mój mąż ryzykował życie, żeby im pomóc — relacjonuje rozmowie z "Faktem" pani Julia, która była świadkiem tragedii w Ustce (woj. pomorskie). W poniedziałek, 26 stycznia 44-letni funkcjonariusz SOP zaatakował swoją rodzinę. Jego 4-letnia córka zmarła.