Rok temu Madison Keys zrealizowała scenariusz, o którym chyba nawet gdzieś w głębi siebie nie marzyła - na początku stycznia wygrała najpierw turniej WTA 500 w Adelajdzie, rozgrzana ruszyła do Melbourne - i tam dołożyła pięć kolejnych wiktorii. Co oznaczało triumf w Australian Open, po ograniu Igi Świątek w półfinale oraz Aryny Sabalenki w finale. Po czwartkowym poranku już wiemy, że do takiej powtórki nie dojdzie.